Już jakiś czas się zbieram do napisania tej notki... dużo się ostatnio dzieje spraw ważnych i bieżących a tu do historii trzeba wrócić...
Rok 2013... Byliśmy już w skrajnej desperacji... Max dostawał na raz pięć leków... Depakine, Kepprę, Lamitrin, Topamax i coś jeszcze... nie mogę sobie nazwy przypomnieć...ale to bez znaczenia.... Pojechaliśmy na wizytę do profesora Jóźwiaka - zaproponował nam steryd Synakten ( pisownia jakaś inna ale nie pamiętam jaka:) ) ... przestraszyliśmy się bo wiedziałam jakie skutki uboczne może dawać ta terapia...dla upewnienia się w kierunku "za" lub "przeciw" pojechaliśmy na Słowację do dr Alfreda Bohma - dr Bohm kazał nam odstawić połowę leków i stanowczo i zdecydowanie odradził mam tą kurację argumentując różnicami między protokołem stosowania w Polsce i na Słowacji... różnice były tak znaczne, że w ostatecznym rozrachunku postanowiliśmy nie ryzykować... W sumie znowu byliśmy w punkcie wyjścia....
Wpadła mi w ręce książka pt. Nieznana Medycyna autorstwa Julii Shopick - gorąco polecam!!
Cała książka jest rewelacyjna ale rozdział o diecie ketogennej dał nam nową nadzieję.
Tak trafiliśmy pod opiekę dr Marka Bachańskiego w Centrum Zdrowia Dziecka i w listopadzie przystąpiliśmy do diety ketogennej.
Początki były trudne ale szybko weszliśmy w nowe tryby codziennego życia i nawet Dominika i Wiktoria potrafiły przygotować Maxowi posiłek :)
Dieta nie od razu przyniosła efekty ale z czasem i zwiększaniem stosunku ketogennego napady się wyciszały i naprawdę był to dobry czas dla Maxa!!
W międzyczasie były regularne cykle mikropolaryzacji mózgu metoda tDCS i to dzięki tej metodzie Max odzyskał wzrok!!! :)
Wracając do diety.... dieta przynosiła rezultaty choć Max ciągle miał po kilkanaście do kilkudziesięciu napadów na dobę... Tuż przed wakacjami facebookowa koleżanka Agnieszka zapytała, czy znamy terapię CBD? - nie znaliśmy ale za Jej sugestią kupiliśmy i sprowadziliśmy z Holanii nasz pierwszy olejek :) Royal Quin Ceed... Olekej z CBD o stężeniu 2,3 % - ojjj.. jakie nadzieje w nim pokładałam... ale oczywiście nic się nie zadziało wielkiego ( chociaż małe zmiany były ) .... acha..miałam o diecie pisać ....
Wpadliśmy już w taka rutynę, że pojechaliśmy na wakacje do naszych przyjaciół aż na Podlasie...a właściwie na Litwę :) spędziliśmy tam cudowny czas w gronie Juraty, Janka, Laisve, Dalicjii, Gintasa , Sandry i maleńkiej Aiste... były to fantastyczne wakacje... Litwa jest taka piękna a ludzie tam są cudowni!!!
Po trzech fantastycznych tygodniach wróciliśmy do domu a po 6 dniach rozpoczął się nasz najtragiczniejszy okres w życiu... Max trafił najpierw do szpitala neurologicznego... 20 lipca 2014 r. na sali było 43 stopnie C a żadne leki neurologiczne nie pomagały... Relsed szedł na zmianę z Clonozepanem i Chloranem wodzianu... a Max drgał i drgał.... pod wieczór 21 lipca na główce Misia pokazała się jedna kropka ale to wystarczyło aby nas przetransportować w nocy do innego szpitala... zakaźnego. Padło podejrzenie o ospę... nikt jej ani nie potwierdził do końca ani nie wykluczył...ale około 10 rano 22 lipca stan Max uległ tak drastycznemu pogorszeniu , że Max został intubowany , wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej i zainstalowany w kolejnym szpitalu... Odział anestezjologii i Intensywnej Terapii czyli OIOM na Borowskiej....
Mój Mały Książe przespał równo 4 tygodnie, na OIOMie spędził równo 5 tygodni...
Po drodze zaliczył kolejny stan padaczkowy, sepsę, zapalenie płuc, zapalenie wyrostka sutkowatego piramidy kości skroniowej, zakrzepicę żyły udowej, zapalenie osierdzia... Miał tak niewiele szans na przeżycie, że mi kazano pozwolić dziecku godnie odejść...
Wtedy po raz kolejny pojawiła się opcja na Marihuane Medyczną.... ale o tym już wiecie...
Odyseja Maxa trwała 9 tygodni... i 28 września 2014 r. podaliśmy pierwszą dawkę MM od postacią naparu z Bediolu...
Zastanawiam ie czasem, czy to nie Maxa droga, Maxa misja doprowadziła nas do tego miejsca gdzie jesteśmy? do walki o legalizację? do zmiany postrzegania społecznego MM, do dania nadziei i wiary całym masom ludzi... Myślę, że Max jest wielki ! wielki w swoim cierpieniu i ozdrowieniu, wielki w swoje misji ....
Myślę, że gdyby nie MM to bym dzisiaj nie miała o czym pisać....
Codzienne życie z epilepsją, Zespołem Downa, rodziną i medyczną marihuaną. Przemyślenia, doświadczenia, fakty i opinie. Miejsce, gdzie można zostawić kawałek wiedzy i kawałkiem wiedzy się poczęstować. Tu ładujemy sobie nawzajem baterie i robimy, co możemy (wspólnie), aby leczenie MM było legalne, ogólnodostępne i tanie.
Strony
poniedziałek, 23 marca 2015
niedziela, 22 marca 2015
Światowy dzień Zespołu Downa
Wczoraj był Światowy Dzień Zespołu Downa.... mam mieszane uczucia w takie dni... Z jednej strony pokazują zdrowej części społeczeństwa , że takie osoby są w śród nas a z drugiej martwi mnie to, że w ogóle trzeba to robić.
Mamy coś dziwnego w sobie skoro aż tak trzeba akcentować istnienie innych ludzi. Gdzieś ciągle i bardzo brakuje nam otwartości, akceptacji a często tolerancji... Świat jest pełen różnorodności..są ludzie wysocy, niscy, są bruneci, blondyni czy rudzi...są zezowaci i z wielkimi nosami ale co to tak naprawdę oznacza? czy człowiek musi i może być postrzegany przez pryzmat swojego wyglądu czy schorzenia?
Chorób jest coraz więcej a tolerancji czy zrozumienia jakoś tak znów nie przybywa....ciekawe dlaczego?
Kiedyś w rozmowie pewien pan powiedział, że nie wyglądam na matkę chłopca z Zespołem Downa... zreflektował się dopiero kiedy zapytałam jak taka matka powinna wyglądać?
Czy z powodu epilepsji jest gorszy? Czy zespól Downa powoduje, że mniej Go kochany? ależ skąd!! ależ skąd!!! Bez wątpienia jest inny, bardziej wymagający ale nie mniej kochany:)
W sumie może jednak dobrze, że są takie dni? budujmy tą świadomość odmienności i nośmy częściej dwie różne skarpetki :)
Mamy coś dziwnego w sobie skoro aż tak trzeba akcentować istnienie innych ludzi. Gdzieś ciągle i bardzo brakuje nam otwartości, akceptacji a często tolerancji... Świat jest pełen różnorodności..są ludzie wysocy, niscy, są bruneci, blondyni czy rudzi...są zezowaci i z wielkimi nosami ale co to tak naprawdę oznacza? czy człowiek musi i może być postrzegany przez pryzmat swojego wyglądu czy schorzenia?
Chorób jest coraz więcej a tolerancji czy zrozumienia jakoś tak znów nie przybywa....ciekawe dlaczego?
Kiedyś w rozmowie pewien pan powiedział, że nie wyglądam na matkę chłopca z Zespołem Downa... zreflektował się dopiero kiedy zapytałam jak taka matka powinna wyglądać?
Czy z powodu epilepsji jest gorszy? Czy zespól Downa powoduje, że mniej Go kochany? ależ skąd!! ależ skąd!!! Bez wątpienia jest inny, bardziej wymagający ale nie mniej kochany:)
W sumie może jednak dobrze, że są takie dni? budujmy tą świadomość odmienności i nośmy częściej dwie różne skarpetki :)
sobota, 21 marca 2015
Mikrodawki...
Wczoraj przeżyłam zgrozę...po ponad 5 miesiącach terapii MM Maxa dopadły zmasowane napady... dobrze, że byliśmy w szpitalu... wystraszyłam się potwornie,że ...wróciły wspomnienia i obrazy z OIOMu.... patrzyłam bezsilna jak Maxia targał napad za napadem... Lekarz zdecydował o podaniu Relsedu... w sumie miałam cichą nadzieję, że pomoże.... niestety... nawet się o jotę nie zmienił stan...
Po 2 godzinach w których Max miał ze 30 ( albo i więcej ) napadów postanowiłam , że biorę sprawę w swoje ręce... patrzono na mnie dziwnie a nawet bardziej niż dziwnie ( wecie co mam na myśli? prawda?...) ale i tak postawiłam na swoim i zaczęłam podawać Misiowi prosto do buzi małe dawki masełka... wcześniej je troszkę podgrzałam..zapakowałam cannabisowy tłuszczyk do dwóch strzykawek - osobno Bediol i osobno Bedrocan i co 15 minut wstrzykiwałam pod jęzorek...
Napady się powoli zmieniały...z bardzo silnych toniczno klonicznych przeszły w takie "spiny" krótkotrwałe...w ciągu kolejnych dwóch godzin zapodałam wprost w Misiowego buziaka 8 takich mikrodawek... W końcu Miś zapadł w sen... miał już podłączoną kroplówkę z glukozą i mi pozostało tylko czekać...
Po prawie 4 godzinach Miś się obudził rześki jak poranna bryza :) jakby nie było 50 napadów...jakby nie było Relsedu... jakby koszmar się nie zadział i jakbym nie miała powodu do umierania ze strachu.... Pod wieczór tatuś wracając z Warszawy zabrał nas na przepustkę do domku i absolutnie nikt nie miał ochoty i powodu nam tego odmówić....
Po raz kolejny się okazało jak wielka moc jest w marihuanie medycznej!!!
Jak bardzo MM jest bezpiecznym i przede wszystkim skutecznym lekiem...
Nie można spocząć na laurach i zaprzestać walki o ogólną dostępność MM dla każdego pacjenta.
Czy tak wygląda dziecko po serii 50 napadów?:) radocha w domu i wspólna celebra 25 urodzin Poli... :)
czwartek, 19 marca 2015
Masełko :)
Ponieważ wiele osób pyta mnie o masełko podaje poniżej procedurę jaka my stosujemy :)
Do małego garnuszka wkładamy 100 gram masła klarowanego , 100 ml wody oraz odważoną porcję suszu Bediol czy Bedrocan... w naszym przypadku jest to 2,5 gr ale to jest ilość wypracowana metodą prób i błędów...:)
Tak przygotowany wkład stawiamy na minimalnym natężeniu ognia lub prądu ( my mamy płytę indukcyjną i nastawiamy na 2 )
gotuje się to pod przykryciem 3 godziny...
dobrze jest mieć garnuszek ze szklaną pokrywką aby widzieć czy jest woda... jeśli nastawimy na za duży ( gaz, prąd ) to woda za szybko wyparuje i należy ją dolać do masełka...Woda jest potrzebna aby nie dopuścić do usmażenia czy przypalenia leku.
Po trzech godzinach należy po delikatnym ostudzeniu przecedzić tłuszczyk tak aby w osobnym pojemniku znalazła się tylko masa tłuszczowa wraz z wodą.
Pozostałe po tym procesie farfocle z MM świetnie się nadają do okładów na trudne rany, do maseczek przeciwtrądzikowych, jako dodatek do kąpieli... nic nie powinno się zmarnować.:) Efekty są REWELACYJNE!!!:)
Opcjonalnie zamiast masła klarowanego my używamy oleju kokosowego - jest smaczniejszy i pasuje jako dodatek do deserów - oczywiście Misiowych :)
Jak masełko czy olej kokosowy stężeje to pod warstwa tłuszczu cannabisowego jest woda... można ją dodawać jako uzupełnienie porcji leku:)
Powodzenia w kuchni :)!
Do małego garnuszka wkładamy 100 gram masła klarowanego , 100 ml wody oraz odważoną porcję suszu Bediol czy Bedrocan... w naszym przypadku jest to 2,5 gr ale to jest ilość wypracowana metodą prób i błędów...:)
Tak przygotowany wkład stawiamy na minimalnym natężeniu ognia lub prądu ( my mamy płytę indukcyjną i nastawiamy na 2 )
gotuje się to pod przykryciem 3 godziny...
dobrze jest mieć garnuszek ze szklaną pokrywką aby widzieć czy jest woda... jeśli nastawimy na za duży ( gaz, prąd ) to woda za szybko wyparuje i należy ją dolać do masełka...Woda jest potrzebna aby nie dopuścić do usmażenia czy przypalenia leku.
Po trzech godzinach należy po delikatnym ostudzeniu przecedzić tłuszczyk tak aby w osobnym pojemniku znalazła się tylko masa tłuszczowa wraz z wodą.
Pozostałe po tym procesie farfocle z MM świetnie się nadają do okładów na trudne rany, do maseczek przeciwtrądzikowych, jako dodatek do kąpieli... nic nie powinno się zmarnować.:) Efekty są REWELACYJNE!!!:)
Opcjonalnie zamiast masła klarowanego my używamy oleju kokosowego - jest smaczniejszy i pasuje jako dodatek do deserów - oczywiście Misiowych :)
Jak masełko czy olej kokosowy stężeje to pod warstwa tłuszczu cannabisowego jest woda... można ją dodawać jako uzupełnienie porcji leku:)
Powodzenia w kuchni :)!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





.jpg)

