Przez Polskę przetacza sie fala dyskusji a właściwie awantura o prawo do wyboru. Ładnie to się nazywa : walka o życie. Jestem wielką zwolenniczką życia pod każdą postacią. Jestem mamą czwórki dzieci i kobietą, która doznała traumy trzech poronień. Za każdym razem kiedy jestem u lekarza i robi się ze mną tak zwany wywiad zdrowotny, jestem pytana o ciąże i porody, łzy mi stają w oczach kiedy muszę powiedzieć : ciąż siedem ale porody cztery. Poroniłam samoistnie. Jestem kobietą, jestem matką, jestem żoną. Jestem też istotą rozumną i świadomą. Jednak cała moja świadomość i cały mój rozum nie pozwalają mi pojąć co się w naszym kraju dzieje???
Dlaczego rządzący uważają, że "wiedzą lepiej" na każdy temat?
Dlaczego rządzący roszczą sobie prawo do decydowania o ludzkim życiu?
Dlaczego rządzący tak haniebnie manipulują społeczeństwem?
Dlaczego rządzący stoją ponad prawem ?
Wiele pytań... rozwinę wątek.
W rządzie powinni zasiadać specjaliści ... oczywista oczywistość. Tymczasem górę biorą emocje oraz światopogląd, tudzież przekonania. Każdy co prawda ma prawo do własnych przekonań i własnego światopoglądu ale nie ma prawa uważać że jego pogląd jest jedynie słuszny i jest wyznacznikiem prawdy i wiedzy na każdy temat. Dotyczy to zwłaszcza ludzi decydujących o losach całego narodu. Kobiety są również tym narodem imprawda wielu kobiet jest odmienna od poglądów niektórych rządzących... tych stanowiących aktualną większość. Jako obywatelka spodziewam sie również merytorycznej postawy na tematy kontrowersyjne, w tym medyczne zastoso konopi. Sytuacja natomiast jest taka, że rządzą nami ludzie, którym sie wydaje, że wszystkie rozumy zjedli i mają monopol na rację ( nie rozumiejąc, że to nieracjonalane )
Zasiadając w ławach parlamentarnych chcąc czy nie chcąc w jakimś stopniu odpowiada się za ludzkie życie- mam jednak wrażenie, ze ci co aktualnie zasiadają w owych ławach ( większość z nich - uściślając ) pomylili odpowiedzialność za ludzkie życie z bezwzględną i chorą władzą nad ludzkim życiem. Jak inaczej rozumieć całkowity zakaz aborcji bez względu na okoliczności i krzywdy jakie są udziałem wielu kobiet? Jak inaczej rozumieć ciągły marazm w sprawie leczenia zakazaną ale jakże pożyteczną rośliną? Jak inaczej rozumieć całkowitą obojętność wobec losu już narodzonych ale cierpiących nędzę i cierpienia ludzi? Jak rozumieć przymus szczepień bez ponoszenia odpowiedzialności za ewentualne skutki uboczne ?
Pragnę znaleźć usprawiedliwienie dla tych co w ławach parlamentarnych zasiadają i naszym życiem sie bawią... ale jakoś nie umiem.
Nie umiem ( ale i nie chcę ) zrozumieć jak rząd., który tak kocha suwerena cichaczem skazuje naród na dominację korporacyjną i zatrute jedzenie. ( CETA! ,TTIP)
Nie umiem pojąć skali zakłamania, hipokryzji i braku dobrej woli.
Nie rozumiem też dlaczego rządzący są ponad prawem i mogą publicznie kłamać, mogą być niekompetentnymi i wręcz szkodliwymi osobnikami? Dlaczego za klamstwo publiczne minister nie odpowiada ani karnie ani administracyjnie?
Wyglada na to, że albo jestem niedostosowana albo jest jakiś błąd w matrycy i nie jestem ani mądra ani dla systemu użyteczna. Za głupia aby to co sie dzieje rozumieć i za mądra aby tego nie zauważać... a może odwrotnie?
Nie jestem zwolenniczką aborcji ale jestem przeciwniczką skazywania kobiet na dodatkowe niepotrzebne cierpienie ( ja nie wierzę że cierpienie uszlachetnia ).
Jestem zwolenniczką leczenia konopiami bez względu na to jak bardzo narkofobi się ich boją.
Pragnę żyć w kraju nowoczesnym, spójnych, dbającym o swoich obywateli już żyjących a nie tylko tych poczętych. Tak swoją drogą...
Jakie to łatwe walczyć o prawa nienarodzonych dzieci a skandalicznie i bezwzględnie olewać te już żyjące.
Ponad życie kocham mojego Maxia , niepełnosprawnego, z zespołem Downa i z padaczką. Nikt tak jak On nie wniósł w nasze życie światła, miłości i radości. Pokory, wytrwałości i niezłomności... ale jako mama Maxa powiem z całą odpowiedzialnością za własne słowa! Państwo takie dzieci ma w poważaniu! Gdyby było inaczej nie żebrałabym o 1% aby stać mnie było na sensowną rehabilitację, nie musiałabym walczyć z systemem o możliwość leczenia rośliną która jest zakazana ale skuteczna!
Nie drżałabym o Jego przyszłość po mojej śmierci!
Nie martwiłabym się o wózki, foteliki, ortezy, koncentrator tlenu i milion innych rzeczy, o które muszę sie martwić aby mój cudny synek miał zapewnione godne życie!!
Nie państwu i nie rządowi zawdzięczam godność mojego syna!
Natomiast państwo będę zawdzięczała paraliżujący srtrach każdego dnia kiedy moje córki będą wracały ze szkoły, kiedy mogą zostać narażone na czyn zabroniony i być możew jego wyniku będę miała konieczność zostania babcią!!
Tak, boję się!!! Boję się, bo od trzech dni gwałt jest jedynie czynem zabronionym!!!
Boję sie bo moje śliczne córki idą pół kilometra z przystanku do domu i są śliczne! Zatem mogą sprowokować do czynu zabronionego!!! Ech te kobiety!! Jak mogą być młode i piękne!??
Coś sie pokiełbasiło w głowach, w sercach i umysłach..
Czy jest dla nas jakaś nadzieja? Czy żyjemy w matrixie ?
Codzienne życie z epilepsją, Zespołem Downa, rodziną i medyczną marihuaną. Przemyślenia, doświadczenia, fakty i opinie. Miejsce, gdzie można zostawić kawałek wiedzy i kawałkiem wiedzy się poczęstować. Tu ładujemy sobie nawzajem baterie i robimy, co możemy (wspólnie), aby leczenie MM było legalne, ogólnodostępne i tanie.
Strony
niedziela, 25 września 2016
wtorek, 6 września 2016
List otwarty dr Jerzego Jarosza do Ministra Zdrowia Konstantego Radziwiłła
Dr
nauk medycznych Jerzy Jarosz
Fundacja
Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa
Ul.
Pileckiego 105, Warszawa
Warszawa
4 września 2016
List
otwarty
do
ministra zdrowia, pana Konstantego Radziwiłła
Szanowny
Panie Ministrze
Nie
mogę pozostać obojętny słysząc, a raczej czytając wypowiedzi
Pana – Ministra Zdrowia na temat medycznych zastosowań marihuany i
sytuacji polskich pacjentów. Jestem lekarzem i w Hospicjum
Onkologicznym w Warszawie prowadzę Poradnię Przeciwbólową, a w
niej Punkt Konsultacyjny „Medyczna Marihuana”. Punkt działa od
ponad roku i codziennie udziela porad, informacji lub konsultacji
lekarskich i leczenia w tym leczenia preparatami marihuany. 42
lata pracy lekarza, a szczególnie doświadczenia ostatniego roku
pozwalają mi zabierać głos w sprawie traktowania przez Państwo
Polskie pacjentów, a także oceniać wypowiedzi na temat medycznych
zastosowań marihuany, które w moim odczuciu wprowadzają
społeczeństwo, a przede wszystkim chorych w błąd. Tak właśnie
odebrałem ostatnią wypowiedź Pana Ministra.
Mam
nadzieję, ze pierwsze zdanie artykułu na stronie internetowej TVN
24,02 września 2016 : Zainteresowanie
wykorzystywaniem marihuany w medycynie jest rodzajem promocji tego
narkotyku, który jest śmiertelnie
niebezpieczny(http://www.tvn24.pl) to
tylko interpretacja, a nie cytat z Pana wypowiedzi. Tak czy inaczej,
nie można tego pozostawić bez komentarza i kilku uwag.
Szanowny
Panie Ministrze/ Szanowni Państwo, obserwowane ostatnio i stale
narastające zainteresowanie wykorzystaniem marihuany w medycynie
jest wyrazem prób pogłębienia, racjonalizacji i praktycznego
wykorzystania dalece niepełnej, choć niezwykle obiecującej wiedzy
o właściwościach leczniczych tej niezwykłej rośliny. Zajmują
się tym naukowcy i lekarze. Inną grupą „zainteresowanych” są
chorzy dopominający się skutecznego leczenia swoich dolegliwości
zgodnie z istniejącą już wiedzą, a dalej - bardzo
liczna grupa chorych cierpiących na choroby nieuleczalne z punktu
widzenia współczesnej medycyny akademickiej, a którzy oczekują
pomocy w wykorzystaniu nie w pełni sprawdzonych ,choć przecież nie
szarlatańskich metod leczenia.
Żadnej
z tych grup nie można nazywać „promotorami
narkotyków”. Nie wyobrażam też sobie, że wymieniając
w wywiadzie nazwisko konkretnego chorego, zrobił to
Pan w kontekście „narkotycznym”.
Panie
Ministrze, nie zgadza się Pan z określeniem „medyczna marihuana”
i chce Pan z nim polemizować. Czy termin "marihuana
lecznicza", użyty przez Prezydium NRL (21 sierpnia 2015) też
Panu nie odpowiada?. Dlaczego Pana określenie miałoby być lepsze,
a przede wszystkim czemu ma służyć taka gra słów?
Chciałbym
odnieść się do Pana wypowiedzi dotyczącej „dostępności
preparatów marihuany” dla polskich pacjentów. To co Pan mówi ,to
tylko częściowa prawda. Muszę przypomnieć, że
preparat Sativex, który jest dostępny w aptekach, kosztuje nie
mniej niż 2600 złotych za opakowanie. Procedura importu docelowego
preparatów niezarejestrowanych w Polsce istnieje i
rzeczywiście funkcjonuje, ale czy zechciałby Pan
przeanalizować ,ilu chorych z niej skorzystało. Myślę, że będzie
Pan zaskoczony tak małą ilością, przy tak znacznej skali
zainteresowania. Można wskazać istotne trudności ograniczające te
procedury - długotrwałość, finansowanie, bariery
psychologiczne i kulturowe, które w ślad za podobnym zjawiskiem
dobrze znanym w przypadku leków opioidowych można nazwać
„kanabinofobią”.
Wyjaśnienia
wymaga rola konsultantów wojewódzkich w procedurze importu
docelowego. Co właściwie Konsultant ma zrobić po
otrzymaniu wniosku lekarza leczącego o sprowadzenie kanabinoidów
dla chorego?. Zakwestionować lub potwierdzić
rozpoznanie i leczenie?. Czy ma takie uprawnienia? Czy
chodzi tylko o nadanie odpowiedniej rangi urzędowej dokumentowi i
wzmocnienie szacunku do władzy?
Na
koniec sprawa refundacji. Komunikat, przypomina, ze w Polsce istnieje
procedura importu docelowego, a Minister Zdrowia, w indywidualnych
przypadkach może przyznać
choremu prawo do refundacji leku. Podano nawet, ze kiedyś zostało
przyznane.
Komunikat
ten szeroko komentowany był w mediach jako przejaw „dobrej
zmiany”, a społeczeństwo odebrało to jako sygnał akceptacji
„medycznej/leczniczej marihuany” przez Ministra Zdrowia, a nawet
legalizacji marihuany w Polsce. No i że marihuana będzie
teraz po 3, 20 (złotych). Pani Senator Chybicka kilka dnie temu w
telewizji podawała też taką cenę. Pan w swoim wywiadzie mówi
nawet, że preparaty są bezpłatne. Uwierzyło w to wielu
pacjentów zgłaszających się do mnie, a zapewne i do
innych lekarzy po to by pomóc im w uzyskaniu leków i refundacji tą
drogą.
Jeśli
nastąpiła taka dobra zmiana, to chciałbym Panu zwrócić uwagę,
że nie dla wszystkich. Moi chorzy z ewidentnymi wskazaniami
medycznymi do stosowania marihuany nie dostają zgody na
refundację. Brak zgody i uzasadnienie odmownej jaką
otrzymali z Ministerstwa można zakwalifikować do gatunku absurdu
urzędniczego. Opiniujący w nich Konsultanci Krajowi wypowiadają
się bez związku z konkretnym indywidualnym przypadkiem pacjenta, a
opinie pozytywne, które jednak się zdarzają, są ignorowane.
Absolutnym kuriozum można nazwać tryb postępowania,
kiedy podczas rozpatrywania wniosku o przyznanie refundacji
uniemożliwia się zainteresowanemu należny mu udział w
postępowaniu. uzasadniając to sytuacją” zagrożenia życia lub
zdrowia”.
Szanowny
Panie Ministrze, zamiast mówić, że w Polsce dostępne dla chorych
są leki pochodzące z marihuany, powinno się mówić, że w Polsce
wielu chorych leczy się lekami zawierających preparaty z marihuany,
a niewielka grupa z nich uzyskała je w sposób legalny. Nie można
się z tym zgodzić pod żadnym względem, a Pan swoją ostatnią
wypowiedzią wydaje się akceptować taki stan rzeczy.
Jaszcze
jedna uwaga na koniec. Myślę, że powinien Pan wystrzegać
się porównań dostępności marihuany z dostępnością witaminy C,
szczególnie w kontekście chorych onkologicznych.
Z
wyrazami należnego szacunku
Dr
n. med. Jerzy Jarosz
Protest Koalicji Medycznej Marihuany
Warszawa
06.09.2016r.
Koalicja
Medycznej Marihuany
medycznamarihuana.org.pl
Stanowisko
w sprawie wypowiedzi ministra zdrowia
Konstantego
Radziwiłła
Jako
działacze Koalicji Medycznej Marihuany protestujemy przeciwko
wypowiedziom ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła,
dotyczącym medycznej
marihuany.
Podczas
konferencji prasowej w piątek, 2.września w Ministerstwie Zdrowia w
Warszawie, minister Konstanty Radziwiłł powiedział m.in.:
„Marihuana jest
środkiem niebezpiecznym i nie może być udostępniana jak witamina
C, bo będziemy zbierać dramatyczne żniwo. Mam nieodparte wrażenie,
jako obywatel, że zainteresowanie właśnie tymi substancjami ma
drugie dno. I jest rodzajem promocji tego miękkiego narkotyku, który
jest śmiertelnie niebezpieczny".
Koalicja
Medycznej Marihuany zrzesza pacjentów, lekarzy, naukowców,
prawników, polityków oraz inne osoby i instytucje
wspierające
pacjentów, którzy widzą szansę w leczeniu medyczną marihuaną. W
tej chwili prowadzimy zbiórkę podpisów pod projektem nowelizacji
Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Jej celem jest zalegalizowanie
marihuany, wyłącznie (!) do celów medycznych. Dlatego słowa
ministra Radziwiłła dotykają nas szczególnie.
W
najwyższym stopniu niepokoi nas, że minister z urzędu
odpowiedzialny za stan zdrowia Polaków, przeczy dostępnej wiedzy
naukowej na temat medycznej marihuany. To podważa nasze zaufanie do
instytucji państwowych,
a przede wszystkim – nasze poczucie bezpieczeństwa.
Minister
Radziwiłł straszy, że marihuana jest „ śmiertelnym
narkotykiem”. Na jakiej podstawie, chcielibyśmy wiedzieć?
Pojęcie
„śmiertelny" oznacza „taki, który spowodował lub może
spowodować śmierć" (Słownik języka polskiego PWN
http://sjp.pwn.pl/sjp/smiertelny-I;2527914.html).
Prosimy ministra zdrowia o podanie konkretnych przypadków, kiedy
marihuana spowodowała czyjąś śmierć. Według naszej wiedzy, nie
ma żadnych danych ani prac naukowych, które by tę tezę
potwierdzały.
-
Nie jest na świecie znany żaden przypadek śmierci, spowodowanej
zażyciem lub przedawkowaniem marihuany – mówi prof. Jerzy
Vetulani, psychofarmakolog, neurobiolog, członek PAN.
Jednak
w ustach ministra zdrowia takie oskarżenie brzmi jak pewnik.
Słuchają go rodzice dzieci chorych na lekooporną padaczkę, które
są leczone medyczną
marihuaną oraz chorzy z nowotworami, którym medyczna marihuana
pomaga już dziś w walce z bólem oraz ubocznymi skutkami
chemioterapii.
Stwierdzenie
ministra Konstantego Radziwiłła, że środowiska, które domagają
się legalizacji medycznej marihuany, tak naprawdę „promują
narkotyk”, odbieramy jako policzek wymierzony nie tylko nam, ale
przede wszystkim pacjentom i ich rodzinom. Naprawę chciał pan to
powiedzieć, panie ministrze, rodzicom chorych na padaczkę dzieci i
pacjentom z hospicjów? Że promują narkotyki?
Słowa
ministra Radziwiłła dziwią tym bardziej, że w wielu krajach
marihuanę
stosuje się oficjalnie do celów medycznych. Czy według polskiego
ministra zdrowia, rządy m.in. Kanady, Niemiec, Czech, Portugalii,
Holandii, Izraela i wielu stanów w USA „promują narkotyki”, bo
zalegalizowały medyczną marihuanę?
Minister
Radziwiłł neguje również samo pojęcie medycznej marihuany.
Ufając w medyczne przygotowanie ministra oraz zaniepokojeni własną
potencjalną ignorancją, sprawdziliśmy: pod hasłem „medical
marijuana” największa anglojęzyczna baza artykułów medycznych
PubMed wyszukała nam 3174 artykuły naukowe, a pod hasłem „medical
cannabis” znaleźliśmy kolejnych 4618. Jeśli minister Radziwiłł
zna jakieś prace naukowe, które negują pojęcie „medyczna
marihuana”, bardzo prosimy o link. W zamian służymy tymi:
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/?term=medical+marijuana
Zdaniem
ministra zdrowia, grupie pacjentów polski rząd refunduje medyczną
marihuanę i nie ma sytuacji „niedoboru”. Chodzi o kilkoro
leczonych w Centrum Zdrowia Dziecka dzieci, które dostały
pozwolenie na tzw. import docelowy kosztownego leku na bazie
marihuany. Po pierwsze jednak – procedura trwa minimum cztery
miesiące. Tak długo, że niektórzy pacjenci umierają, nie
doczekawszy sprowadzenia leku, jak zaledwie 4-letnia Ola Janowicz z
Wrocławia. Po drugie - inni pacjenci takiego pozwolenia nie dostają,
przykład: pacjenci nowotworowi warszawskiej Fundacji Hospicjum św.
Krzysztofa (w
załączeniu list lekarza dr nauk medycznych Jerzego Jarosza w tej
sprawie).
Poza
tym - w końcu zaniem pana ministra, jest to lek czy „śmiertelny
narkotyk”? Trudno się połapać, skoro minister zdrowia jedną
ręką go przepisuje, jednocześnie głosząc, że marihuana medyczna
nie istnieje oraz że niczego nie leczy.
Niepokoi
nas brak przygotowania merytorycznego ministra zdrowia, rażą
niekonsekwencje w jego działaniach i wypowiedziach. To minister
zdrowia jest odpowiedzialny za prawidłowe procedury lecznicze w
naszym kraju. Jeżeli w jednej sprawie tak się myli, jak mu zaufać
w innych? Naszym pragnieniem jest, żeby polscy pacjenci mogli
swobodnie być leczeni według znanych i dostępnych na świecie
procedur oraz środków,
a przy tym nie podlegali niczyim przesądom.
Minister
zdrowia straszy Polaków marihuaną, podczas gdy wielu z nich,
podobnie jak wielu pacjentów na całym świecie, już z niej
korzysta, żeby poprawić komfort życia w przebiegu ciężkich,
często śmiertelnych chorób. Tylko jedna grupa w internecie liczy
ponad 7 tys. takich pacjentów. Takich grup jest więcej. W Polsce
pytania tych pacjentów uznaje za próbę „promocji narkotyków”,
zaś ich starania o pozyskanie marihuany są nielegalne i niejednego
już pacjenta naraziły na do więzienie. To właśnie chcielibyśmy
zmienić, stąd nasz apel o poparcie starań o nowelizację Ustawy o
przeciwdziałaniu narkomanii.
W
imieniu Koalicji Medycznej Marihuany
Dorota
Gudaniec
516 202 777
niedziela, 4 września 2016
List Otwarty do Naczelnej Izby Lekarskiej - Uwaga na emocje !!!!
Prezes
Naczelnej Rady Lekarskiej
Sz.P.
Maciej Hamankiewicz
W
nawiązaniu do wypowiedzi dla Polskapress, opublikowanej w Kurier
Poranny
(dalej
„serwis”), zwracam się do Pana o publiczne wyjaśnienie bądź
sprostowanie treści cytowanych wypowiedzi:
1)
Które przepisy obywatelskiego lub poselskiego projektu ustawy, Pana
zdaniem, mówią o zezwoleniu na „hodowlę marihuany w
doniczce na balkonie” ?
2)
Na jakiej podstawie twierdzi Pan na łamach serwisu, iż „nie
leczy się marihuaną, tylko preparatami poddanymi odpowiednim
badaniom naukowym”, skoro sprowadzane i refundowane za zgodą
Ministra Zdrowia produkty „Bedrocan” to właśnie marihuana
(rozdrobniony, porcjowany susz roślinny) poddana jedynie
standardowym badaniom analitycznym składu i zanieczyszczeń,
przeznaczona, zgodnie z informacją producenta – do sporządzania
domowych przetworów lub bezdymnej inhalacji?
I
to bez przeprowadzenia badań klinicznych, bez obowiązku urzędowego
monitorowania bezpieczeństwa, interakcji, działań niepożądanych
itp. – jak w przypadku leków dopuszczonych do obrotu.
3)
Jak to możliwe wreszcie, że w wypowiedzi publicznej jako Prezes
naczelnego organu samorządu lekarzy przemilcza Pan sytuację prawną
w Niemczech, gdzie – jak wynika z załączonego artykułu z 2012
roku opublikowanego przez Niemieckie Towarzystwo Medyczne –
pacjenci od kilku lat mogą uzyskać, pod szczególnymi warunkami
zezwolenie na zaopatrzenie w marihuanę w postaci suszu, a w
konsekwencji na samodzielną uprawę na własne potrzeby, marihuana w
kilku różnych postaciach przepisywana jest przez niemieckich
lekarzy, a ponadto, jak wskazuje już wstęp wskazanego artykułu –
jest to bezpieczna i doskonale przebadana substancja?
4)
Dlaczego wreszcie – jest to, moim zdaniem, niesłychanie istotne
wobec powoływania się na „badania naukowe” – trywializuje Pan
w wypowiedzi publicznej tę niesłychanie ważną problematykę,
porównując marihuanę do maku, choć – zakładam – dobrze wie
Pan, iż substancje czynne zawarte w tych dwóch roślinach są
diametralnie różne zwłaszcza jeśli chodzi o bezpieczeństwo
stosowania (możliwość śmiertelnego przedawkowania, fizycznego
(biologicznego) uzależnienia – co potwierdzają badania naukowe
właśnie), które jest kluczową przesłanką medyczną szerokiej
legalizacji w celach leczniczych m.in. we wspomnianych wyżej
Niemczech?
5)
I jakim prawem, i w jakim celu posługuje się Pan w wypowiedzi
publicznej argumentacją, że nie została udowodniona stuprocentowa
skuteczność marihuany tudzież jej preparatów, skoro ŻADEN lek w
historii badań klinicznych takiej stuprocentowej skuteczności ani
stuprocentowego bezpieczeństwa nie wykazał (co najwyżej wysoką
lub niską, nierzadko rzędu ledwie kilkudziesięciu % i to z całą
„litanią” działań niepożądanych, potencjalnie zagrażających
życiu interakcji, których brak w przypadku marihuany)?
W
ten sposób wprowadza Pan w błąd media i opinię publiczną,
sugerując, że o skuteczności jakiegoś leku w praktyce klinicznej
przesądza fakt dopuszczenia go do obrotu w urzędowej procedurze –
co nie dość, że – jak oboje wiemy – prawdą nie jest (o czym
zachęcam poczytać w źródłach obszernie powoływanych
w uzasadnieniu do projektu ustawy), to jeszcze, moim zdaniem:
a)
stanowi subtelną formę niedozwolonej kryptoreklamy produktów
leczniczych dopuszczonych do obrotu (sugestia jakoby leki
zarejestrowane wykazywały stuprocentową skuteczność, co w żadnym
wypadku nie jest prawdą, a szczególnie jeśli chodzi o niektóre
leki przeciwnowotworowe – jest to akurat, jak oboje dobrze wiemy,
kwestią wysoce kontrowersyjną);- no chyba, że ma Pan wiedzę o istnieniu PANACEUM?
b)
stanowi rażący wręcz przejaw braku znajomości przepisów prawa
farmaceutycznego, w myśl których możliwe jest przecież
dopuszczenie do obrotu i stosowanie leku, co do którego brak
takowych „stuprocentowych” danych (o tym dlaczego marihuana nie
może zostać dopuszczona w tym trybie o czym jest napisane w uzasadnieniu do
projektu, i powtarzać się tu nie ma sensu ), o praktyce „off-label”
już nie wspominając, bo uszy więdną a ręce opadają…O czym wiem nawet ja, nie będąc tak wszechstronnie wykształcona jak Pan.....
Projekt
ustawy wraz z uzasadnieniem opublikowany jest na stronie www.medycznamarihuana.org.pl , www.fundacjakrokpokroku.org.pl oraz na stronie www.konopielecza.pl . Jako przedstawiciel środowiska
naukowego winien Pan wymagać sam od siebie oparcia wypowiedzi
merytorycznych, w których występuje Pan w roli autorytetu bądź
specjalisty (szczególnie takich o publicznym zasięgu), na
materiałach źródłowych, a tych – jak wnioskuję z wypowiedzi
dla serwisu – nie zadał Pan sobie trudu przyswoić. Bogaty, jak
sądzę, zestaw źródeł uznanych za naukowe, prezentowany w
uzasadnieniu projektu powinien Pana szczerze zainteresować,
zwłaszcza, że ma Pan zawodowy obowiązek ustawicznego kształcenia,
do czego gorąco zresztą zachęcam.
I
być może przekornie, spytam na koniec – czy jako naukowiec jest
Pan w stanie podać opinii publicznej, a w szczególności mi
osobiście, źródło naukowej wiedzy medycznej, na którym oparł
Pan twierdzenie o możliwości łatwego uzależnienia, a które w
oparciu o potwierdzone badaniami klinicznymi (randomizowane, z
podwójnie ślepą próbą, placebo – standaryzowana substancja w
określonych dawkach przyjmowana w sposób regularny) publikacje
udowadniałoby jednoznacznie możliwość powstania (łatwo!)
uzależnienia od marihuany w rozumieniu medycznym (biologicznym)?
Medycznym,
biologicznym, i randomizowane ze standaryzowaną substancją i
placebo – powtarzam!
Bo o prawne ani społeczne rozumienie
uzależnienia mi nie chodzi, zresztą nie śmiałabym od lekarza
takowej wiedzy wymagać, ale też nie życzyłabym sobie ani
społeczeństwu, żeby którykolwiek lekarz w praktyce klinicznej
stał na straży paradygmatów nauk społecznych, a już w
szczególności prawnych…
A
podwójnych standardów prawdy nie znoszę jako osoba o wysokich standardach moralnych, a w
kwestii praw obywatelskich – jako obywatelka kraju o tak
zobowiązującej pod względem chrześcijaństwa historii.
Zwracam
jednocześnie uwagę, że nader wątpliwe etycznie jest prowadzenie w
wypowiedziach publicznych takiej retoryki „o jedzeniu maku na ból
nowotworowy”, ponieważ narusza to godność pacjenta, często
osoby nieuleczalnie chorej, której konwencjonalna medycyna nie daje
łaskawie nadziei.
W
wymowie nie tylko Pana wypowiedzi w serwisie, ale i ostatnich
wypowiedzi Ministra Zdrowia śmiem dostrzec poważny błąd, już
tylko co do wiedzy medycznej (nie ma żadnych poważnych wyników
badań wskazujących na możliwość uzależnienia od marihuany! –
to kłamstwo powtórzone wystarczającą ilość razy…), ale i co
do aksjologii leżącej u podstaw polityki społecznej w każdej
cywilizowanej demokracji (w szczególności chrześcijańskiej…).
Otóż nie można odmawiać choremu ulgi w cierpieniu tylko dlatego,
że ktoś inny mógłby sobie z tej okazji nielegalnie i niemedycznie
zapalić i uniknąć kary… To filozofia nieludzka i ohydna, a już
na pewno daleka od chrześcijaństwa!
Z
badań opublikowanych przez samego producenta leku Sativex płynie
komunikat iż 10- 30% pacjentów zastępuje Sativex paleniem
marihuany (odsyłam do źródeł zaakcentowanych w uzasadnieniu do
projektu ustawy). Państwa zdaniem, zapewne, ci pacjenci powinni być
izolowani od społeczeństwa poprzez umieszczenie w zamkniętym
zakładzie karnym, pozbawieni w ogóle leków, wolności,
instytucjonalnie potępieni. Brawo! Całe szczęście, że badania (i
pacjenci) pochodzą z Wielkiej Brytanii, gdzie takie rzeczy nie
przychodzą do głowy ani lekarzom ani politykom (nieszczęście, że
w Polsce pacjenci są w taki sposób traktowani, co przy warunkach
panujących w jednostkach penitencjarnych napawa zgrozą…). Jeśli
jednak chcą Państwo wyrażać tego typu poglądy i realizować tego
typu politykę społeczną tu w Polsce, zechcą Państwo jeszcze
wskazać aksjologiczne, deontyczne podstawy wyrażania takich
poglądów, aprobowania i uprawiania takich praktyk przez ludzi
reprezentujących zawody, środowiska medyczne. Krótko mówiąc,
wzywam do zaprzestania uprawniania takiej demagogii, żeby nie rzec – nieludzkiej propagandy.
Dziękuję
za uwagę, więcej informacji w uzasadnieniu projektu ustawy, w
którym autor starał się możliwie obszernie ale i względnie
zrozumiale dla przeciętnie zorientowanego czytelnika wskazać,
podparte źródłami uznanymi za naukowe, występujące w zastanych
okolicznościach przyrody:
1)
obiektywne przeszkody w możliwości przeprowadzenia badań
klinicznych marihuany i uzyskania wyników na potrzeby urzędowej
rejestracji,
2)
obiektywne przeszkody w możliwości „ogólnosystemowej”
rejestracji jako leku w którejkolwiek z form przewidzianych prawem
farmaceutycznym,
3)
założenia proponowanego rozwiązania legislacyjnego, ze wskazaniem
kluczowych elementów mogących budzić kontrowersje i problemy
praktyczne oraz proponowanych na te okoliczności środków
zaradczych, instytucjonalnych zabezpieczeń itd…
2
letni pilotażowy program, de facto badawczy, de facto rządowy,
połączony z narodowym monitoringiem, rejestrem działań
niepożądanych, oparty o zdywersyfikowany, zamknięty i ściśle
kontrolowany system zaopatrzenia (uprawy dla pacjentów jako
absolutny wyjątek, ze wszystkimi obowiązkami i obostrzeniami w
ramach monitoringu), technicznie (tj. w sensie i na poziomie „obsługi
pacjenta” jako bądź co bądź najważniejszego elementu
„systemu”) bardzo podobny do rozwiązań niemieckich, z potężną
wiązką dyskrecjonalnych uprawnień dla Ministra Zdrowia i Policji –
chyba jednak zbyt zaawansowany, być może zbyt ambitny, żeby
chciało się tak mądrym i wspaniałym głowom jak Pan Hamankiewicz
czy Książę Radziwiłł przeczytać i zrozumieć, ewentualnie – czego
wymagałabym od wykształconego człowieka sprawującego funkcje
publiczne, poszukującego dobrych rozwiązań – wezwać, spytać,
przedyskutować…
Stąd
też, przed udzieleniem odpowiedzi, zachęcam do lektury. Tym
bardziej, że prędzej czy później zapewne spotkamy się nad
omawianiem tej kwestii w komisji zdrowia – po co mamy tam
dyskutować o rzeczach, które już zostały przemyślane i
rozwiązane, czy też rozliczać się z jakichś niedomówień?
Z
wyrazami głębokiego żalu i niesmaku,
Matka Wariatka - Dorota Gudaniec
PS.
w załączeniu decyzja refundacyjna dla mojego synka Maxa cierpiącego na lekooporną padaczkę, któremu
dzięki poświęceniu neurologa Marka Bachańskiego… marihuana
uratowała życie.
Mam
nadzieję, że jako dowód z formalnego dokumentu będzie w stanie
definitywnie zadać kłam zarówno twierdzeniom, że „marihuana nie
leczy”, jak i tym, że polscy pacjenci mają wystarczający dostęp
– decyzja
z 25 kwietnia, refundowany import marihuany w postaci suszu, do tej
pory nie została zrealizowana z przyczyn nie leżących po stronie
apteki, hurtowni, ani pacjenta. Nie wiadomo kiedy producent
zrealizuje zaopatrzenie. Powtarzane komunikaty MZ oraz publiczne
wypowiedzi polityków różnych opcji, są oparte na fałszywym
przekazie kierowanym do mediów i opinii publicznej, że jedyny
europejski producent Bedrocan B.v. jest w jakikolwiek sposób
zobowiązany do zapewnienia dostępności marihuany polskim pacjentom
w ramach polskiej opieki zdrowotnej. Tymczasem jest to podmiot
działający na licencji holenderskiej agendy podległej ministerstwu
zdrowia, zaopatrujący w pierwszej kolejności rynek holenderski (na
tak mały rynek jeden podmiot jako tako „wystarczy”), i to nie w
marihuanę jako lek (produkt leczniczy w rozumieniu prawa) a jako
substancję do badań, która dzięki pewnej elastyczności
holenderskich przepisów (z pewnością zbyt skomplikowanej dla tak
światłych umysłów jak Hamankiewicz czy Radziwił) jest możliwa
do zastosowania u pacjentów według wskazań lekarza w ramach
bieżącej praktyki medycznej. Polski pacjent może co najwyżej
"załapać" się na nadwyżkę, do której w kolejce stoją
przed nim również Niemcy (dlatego w Niemczech pacjenci już mogą
uzyskać wspomniane wyżej zezwolenie na uprawę).
Polski
rząd nie ma żadnych prawnych ani politycznych możliwości
usprawnienia procedury, ponieważ leży ona w gestii władz
holenderskich, dla których polski rząd nie jest poważnym
partnerem, a sytuacja polskich pacjentów nie jest jakimś znaczącym
wyznacznikiem ich działalności produkcyjnej.
Komunikowanie
opinii publicznej przekazu, że polscy pacjenci mają "wystarczający
dostęp" jest nie tylko fałszywe, ale po prostu ohydne,
nieludzkie - doprawdy nie pojmuję, jak ludzie odpowiedzialni za
politykę zdrowotną, za zdrowie i życie swoich obywateli
(wyborców!), w KATOLICKIM KRAJU mogą wykorzystywać niewiedzę
opinii publicznej dla uprawiania takiej ohydnej propagandy,
kosztem autentycznego cierpienia obywateli.
Wszystko
co opowiada się w tzw. „głównym nurcie” o marihuanie to
nieprawda, co pokazują przykłady z kraju i ze świata... Chciałabym
wierzyć, że to spisek koncernów farmaceutycznych, ale śmiem
podejrzewać typową polską głupotę, ignorancję, nietolerancję i
nienawiść, nadętość środowiska, które panicznie (wręcz
paranoicznie!) boi się utraty kontroli, której zresztą nigdy
realnie nie sprawowało… Marihuanę rekreacyjną można bez
większego problemu kupić w każdym mieście, a przetrzymywanie
pojedynczych ludzi w więzieniach w „instytucjonalnej odpowiedzi”
za ten stan, w imię jakiejś urojonej „walki z narkotykami”
wyrządza autentyczną krzywdę jedynie ich rodzinom, bo przecież
nie resocjalizuje sprawców i nie wpływa na postawy używających i
handlujących, nie ma też najmniejszego wpływu na sytuację
epidemiologiczną czy globalną podaż narkotyków – co
potwierdzają badania naukowe! Zachęcam do zapoznania się z raportami PSPN (Polska Sieć Polityki Narkotykowej ) .
To
jest szczyt arogancji i niegospodarności, żeby nie powiedzieć –
błazenady i pozoranctwa, władz publicznych w realizacji mądrych
zgoła, ustawowo wyrażonych założeń polityki społecznej i
zdrowotnej („opartej na dowodach”!), i jest to w sposób
ordynarny racjonalizowane poprzez uprawianie takiej właśnie ohydnej propagandy.
To
tak na marginesie polityki zdrowotnej i społecznej w rzekomo
cywilizowanej chrześcijańskiej demokracji…
Ilu jeszcze polityków musi zachorować aby w naszym pięknym kraju było NORMALNIE???
piątek, 2 września 2016
Wątpliwości co do ustawy o MM
Wiecie już, że mam wielu przeciwników - naprawdę to ja jestem tylko symbolem tego czego pewne osoby, a raczej całe środowiska znieść nie mogą - zatem atakują...w sposób wredny, perfidny, personalny ale niestety...nie merytoryczny. W jednym z ostatnich ataków na mnie Robert Świątkowski ( mój wierny psychofan - w rzeczywistości anonimowy fejk usługowy ) zaatakował ustawę o jaką wspólnie walczymy. Ponieważ moja cierpliwość do tego typa już dawno się skończyła poprosiłam o zabranie głosu Jędrzeja Sadowskiego - twórcę projektu ustawy o legalizacji medycznej marihuany. Poniżej cały tekst. Sami oceńcie i sami wnioski wyciągajcie dzieląc się nimi ze światem. Pozdrawiam . Dorota
Świątkowski :
Obecnie wspomniani " aktywiści " sa zaangażowani w proces legalizacji
medycznej marihuany w Polsce. tworem tego środowiska jest nowy projekt
ustawy o medycznej marihuanie, który został zaproponowany przez posła
partii Kukiz 15' – pana Liroya Marca. W moim przekonaniu forsowany
przez nich projekt ma byc nie tyle korzystny dla pacjentów co
umożliwić tej grupie niekontrolowany handel i hodowle marihuany.
Sadowski :
W moim przekonaniu Pan Świątkowski nie jest w stanie podać jednego poważnego argumentu na poparcie swojego przekonania. Poniższe dywagacje pozwolę sobie z grzeczności omówić, choć wolałbym osobistą konfrontację z tym autorem.
Najbardziej ubolewam, że nie wysilił się żeby przeczytać uzasadnienie.
Nie określa ona wskazań do stosowania marihuany medycznej (co
uwzględnione jest między innymi w odpowiednich ustawach obowiązujących
m.in. w Czechach czy w Holandii). Takie restrykcje powinny być
uwzględnione w projekcie ustaw.....
BZDURA.
Po pierwsze, proponowanie zamkniętego katalogu wskazań pozostawiłoby pacjentów na łaskę ustawodawcy... nie to jest intencją projektu. Gdyby autor przeczytał uzasadnienie i sięgnął do publikacji źródłowych wiedział, że regulacje prawne nie mogą zastępować lekarza w praktyce klinicznej, w szczególności w podejmowaniu decyzji klinicznych.
Po drugie, uważna lektura samych przepisów umożliwia dostrzeżenie zawężenia zakresu zastosowania - de facto do łagodzenia skutków ubocznych konwencjonalnej farmakoterapii (czyli najpierw z założenia musi być konwencjonalna) albo w przypadkach, gdy nic innego już nie działa (czyli najpierw trzeba wyczerpać możliwości konwencjonalnej farmakoterapii).
I to jest najważniejsza restrykcja jeśli chodzi o wskazania, która eliminuje w zasadzie potrzebę komentowania dalszej części tego fragmentu wypowiedzi.
ponieważ zapobiega to nadużyciom i
wydawaniu nieuzasadnionych licencji na hodowlę. W Kalifornii w USA
dochodzi do takiej patologii, iż lekarze wystawiają zezwolenia na
hodowlę nawet po zwykłej konsultacji telefonicznej, lub porzucają
pracę w zawodzie poświęcając się wystawianiu odpłatnych licencji.
Niemniej, warto zauważyć, iż autor nie rozróżnia przepisów prawa materialnego od przepisów postępowania - to że z ustawy wynika materialne prawo ubiegania się o zezwolenie, nie znaczy, że każdy kto o takie zezwolenie wystąpi, uzyska je (w trybie określonym przepisami postępowania administracyjnego musi bowiem udowodnić szereg okoliczności), jak również, że raz przyznane zezwolenie może być cofnięte albo nie przedłużone - na przykład jeśli okaże się, że nadużywa w jakiś sposób zezwolenie.
Zatem twierdzenia autora o jakimś niekontrolowanym handlu za pomocą przepisów ustawy są wydumane, całkowicie oderwane od treści przepisów, i od rzeczywistości - przepisy ustawy nie wyłączają odpowiedzialności karnej za handel marihuaną!
Pomijam już w tym miejscu, że w holenderskim prawie nie ma określonych wskazań, a ogólna formuła łagodzenia skutków ubocznych, czy stosowania w sytuacjach gdy nic już nie pomaga, jest analogiczna jak w naszej ustawie.
Mądrzy Holendrzy wiedzą, że prawo nie może "wiązać lekarzowi rąk" na zasadzie: ok, demokratycznie pozwolimy na padaczkę, ale nie pozwolimy na sraczkę! Tymczasem na sraczkę też działa, m.in. przy chemioterapii, ale tez przy chorobie L.Chrona - poważnej jelitówce, której autorowi doświadczyć absolutnie nie życzymy, bo zmieniłby zdanie zanim by zesiadł z kibla...
Czesi z kolei określili wskazania, ustanowili jakieś państwowe centrum decyzyjne i co...? I sami się zablokowali, bo pacjenci nieobjęci wskazaniami państwowymi oraz ci, którzy nie załapali się w kolejkę (ci ze sraczką) wspierają czarny rynek zaopatrując się poza ewidencją. Nie życzymy Panu Świątkowskiemu konfrontacji z rzeczywistością, bo w swoich wyobrażeniach idealnego świata chyba dobrze mu się pluska.
W ustawie mówi się, że producentem ziela może być każda jednostka,
która uzyska zezwolenie, i zapewni kontrolę jakości na podstawie umowy
z „jednostką naukową”, której charakter jest bliżej nieokreślony. W
Polsce status owej jednostki może uzyskać również fundacja, która
uzyska status „centrum badawczo-rozwojowego”, a zapis u ustawie
nakładający konieczność prowadzenia ewidencji pacjentów i ich
zapotrzebowania na konopie, naszym zdaniem może umożliwiać jej
uzyskanie takiego tytułu.
WOW! Tu Pan Świątkowski stworzył figurę retoryczną przed którą wprost chylę czoła.
Po 1) taka jednostka musi mieć również zezwolenie na prowadzenie analityki jakościowej środków odurzających. Nie wystarczy wpis do działalności gospodarczej w urzędzie gminy...
Po 2) takie zezwolenia mają tylko uczelnie wyższe i państwowe instytuty badawcze, raczej nie znam prywatnej jednostki, która miałaby zezwolenie (owszem mogą być pojedyncze podmioty, jednak jeśli już, są to świetnie wyposażone w kadrę i zaplecze techniczne prywatne laboratoria, które z radością zaoferują pacjentom takie usługi i którym w pełni taką rolę można powierzyć)
W praktyce zatem, ten sam organ byłby
zarówno producentem, jak i organem kontrolującym jakość rośliny.
Tak, tylko wówczas musi mieć ZATRUDNIONEGO (na umowę o pracę!) pracownika z doświadczeniem analitycznym i odpowiednie zaplecze techniczne. Z pewnością - zgodnie z wizją P. Świątkowskiego - pierwsi dostaną takie zezwolenia konopni aktywiści na nieograniczony handel.
Śmiem zwrócić uwagę, że więcej wolności to również więcej odpowiedzialności, i tę zasadę przepisy art. 30d w pełni zachowują, nawet miejscami aż zanadto.
Nie byłoby również zbytnim zdziwieniem, gdyby fundacja pani Gudaniec
„Krok po kroku” pragnęła rozszerzyć swoją działalność o produkcję RSO
i medycznej marihuany, a wszystko będzie miało miejsce całkowicie
legalnie, dzięki nowej ustawie którą sami stworzyli. Tymczasem zarówno
uzyskanie odpowiednich certyfikatów (ISO, GMP), jak i kontrola jakości
nie jest tak prostą sprawą
Tak, zatem pierwsi dostaną te zezwolenia konopni aktywiści, tak samo jak certyfikaty GMP....
Jak już pisałem wyżej - żadne materialne uprawnienie (w tym dla Fundacji Krok po kroku) nie wynika z ustawy, każdy podmiot musi dostać zezwolenie na podstawie przepisów postępowania.
jak „wysłanie próbki do losowego
laboratorium”. Doświadczenie przeprowadzone przez dr Arno Hazekampa
(eksperta w kwestii chemii roślin, pracownika rządowego holenderskiego
hodowcy marihuany medycznej – Bedrocan BV) na terytorium USA ujawnia,
że nie każde laboratorium świadczące usługi analityczne potrafi podać
rzeczywistą wartość zawartych w roślinnym materiale lub jego
ekstrakcie składników, a wyniki uzyskiwane w jednej placówce są różne
nawet dla próbek o takim samym składzie
(http://www.canorml.org/RingTestOShaughnessys_Aut11.pdf
<http://www.canorml.org/RingTestOShaughnessys_Aut11.pdf>).
A i owszem:
- podaje się wartości przybliżone, w odstępstwach dopuszczalnych jak dla leków ziołowych;
- RSO można wyprodukować na indywidualne potrzeby określonej osoby, ściśle według warunków zezwolenia.
Ech.... męczące jest odpowiadanie ludziom, którzy zamiast najpierw zapytać - jak rozumieć te przepisy, kreują się na znawców tematu, prawa, medycyny i nauki.
Kwestia standaryzacji i kontroli jakości (np. zanieczyszczeń, czy
środków ochrony roślin które nawet w trakcie spalania uwalniają się w
większości w niezmienionej formie) jest niezmiernie ważna w przypadku
produktu o przeznaczeniu medycznym, który ma być z założenia stosowany
w chorobach przewlekłych – a więc wielokrotnie w ciągu dnia, przez
długie okresy czasu. W Holandii przez cały okres trwania Rządowego
Programu Leczenia Medyczną Marihuaną nie odnotowano poważnych zdarzeń
niepożądanych,
To już jest bezczelność albo niewiedza rażąca - proszę sięgnąć do materiałów źródłowych wskazanych w uzasadnieniu - produkty Bedrocan w ogóle nie podlegają obowiązkowi monitorowania zdarzeń niepożądanych tak jak wszystkie leki funkcjonujące w obrocie w UE. W naszym projekcie taki instrument monitorowania jest ściśle powiązany z każdą wystawioną receptą w systemie. Troszkę się tu już wściekłem, z góry przepraszam...
co wiąże się ze ścisłą kontrolą rządu nad wyrobem
trafiającym do aptek. Analizy wykonują niezależne laboratoria, a
pakowaniem i dystrybucją zajmuje się odrębna, również wyznaczona przez
rząd firma. Te kwestie próbowano wyjaśnić w dyskusji z Dorotą Gudaniec
o ich projekcie ustawy na grupie na Facebooku. Jednak na wątpliwości
dotyczące tego, kto w świetle projektu ma się zająć wspomnianą
kontrolą nie podano wyjaśnień, a dyskusja utonęła w argumentach „ad
personam”. Jedyne co udało się „zyskać”, to etykietę osób „siejących
niepotrzebny ferment”.
Tak, bo ferment siany zwłaszcza na grupach FB - jest niepotrzebny.
Spieszę wyjaśnić - wg naszego projektu analizy również wykonują niezależne laboratoria, NIE ZACHODZI JEDNAK PAKOWANIE I DYSTRYBUCJA, ponieważ nasza konstrukcja zakłada
1) uprawę i zaopatrzenie jako "dedykowane świadczenie medyczne", którego formę określi:
- minister zdrowia w rozporządzeniu (dla wszystkich)
- inspektor w zezwoleniu (dla konkretnego podmiotu)
- lekarz w ramach systemu monitorowania (dla pacjenta i dla celów raportowanie w MZ)
2) całkowicie pozarynkowy charakter zaopatrzenia - a po to właśnie, żeby chronić konkurencję na rynku leków, w szczególności interesy dużych koncernów, które jeśli zrobią badania kliniczne i zainwestują miliardy $$$ w produkcję, KORZYSTAJĄ Z PIERWSZEŃSTWA przed marihuaną w ramach systemu. Krótko mówiąc, w momencie gdy pojawia się komercyjny lek na określone wskazanie, lekarz nie powinien wystawiać recept w ramach systemu, a inspektor nie powinien wydawać zezwoleń.
Przy obecnej formule ustawy może dojść do sytuacji w której
przykładowa „fundacja” (np. „Krok po kroku” Doroty Gudaniec) będzie
hodować roślinę, jednocześnie wystawiając samej sobie certyfikat
jakości, a działacze w jej obrębie będą wydawać odpowiednie
zaświadczenia dla pacjentów, niekoniecznie posiadających wskazania
medyczne do stosowania medycznej marihuany.
Może tak być, pod warunkiem, że fundacja taka zagwarantuje spełnienie ściśle określonych warunków itd. itd. idt. mogę powtarzać jak mantrę, tylko zastanawia mnie, czy dotrze coś do adresata....
Z pewnością Polska ma
możliwości uniezależnienia się od importu tego środka (co ma to
miejsce dotąd) i hodowli własnych konopi w celu leczenia polskich
pacjentów. Jednak lokalny producent musi zagwarantować stałość składu
i brak zanieczyszczeń.
Jeśli mówimy tu o producencie komercyjnym - TAK, zgadzam się i podpisuje obiema rękami (mój podpis g... tu znaczy zresztą, bo o tym przesądza ustawa Prawo farmaceutyczne).
Do czasu jednak, do kiedy nie pojawi się taki "gwarant", produkujący to komercyjne (czego trudno się spodziewać w najbliższych latach, jeśli przeczyta się str. 2 - 7 uzasadnienia Panie Świątkowski!), MUSIMY pilnie zapewnić pacjentom dostęp na jakichś zdroworozsądkowych zasadach, czyli takich najlepszych z możliwych... bo takie zawsze będą lepsze niż brak dostępu albo czarny rynek.
Pora zrozumieć, że pacjent potrzebujący będzie szukał na czarnym rynku, czy to się rządowi i P. Świątkowskiemu spodoba czy nie. I całe p@#$%@lenie na nic się nie zda w zderzeniu z prozą życia chorego.
I rząd ma zasrany obowiązek wprowadzić regulację jakiej potrzebują chorzy, a nie jaką sobie chory rząd wyobrazi.
Znaczenie konkretnego określenia ilości dawki substancji aktywnej w
przypadku marihuany można łatwo zobrazować na przykładzie dwóch
najczęściej występujących kannabinoidów w roślinie (jest ich ponad
70). W przypadku THC jego zakres terapeutyczny jest wąski, tzn. w
przypadku przedawkowania działania uboczne (tzw. „haj”) od razu są
zauważalne. Jednak w przypadku CBD, który w formie leku Epidiolex
wykazuje znaczną skuteczność w terapii lekoopornej padaczki
dziecięcej, nie ma mowy o działaniu psychoaktywnym, więc przy braku
standaryzacji istnieje znaczne ryzyko „niedodawkowania”, a z kolei
przedawkowanie może znacznie wpłynąć na stężenia innych leków we krwi
– aż do osiągnięcia stężeń toksycznych (gdyż CBD wchodzi w liczne
interakcje z wieloma substancjami stosowanymi w lecznictwie co
dokumentują niektóre publikacje -
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26114620
<http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26114620>).
Tak.. dzięki CBD można (trzeba!) mniej patentowanej chemii podawać, ot co, takie są te interakcje...
Wyhodowanie rośliny o
stałym składzie jest jednak możliwe, lecz wymaga zaawansowanych
technologii.
Niekoniecznie trzeba tak się trzymać stałych składów... wystarczą przybliżone, a efekty będą osiągnięte w drodze dopasowania dawki.
Tylko błagaaaam - Zostawmy to lekarzom a nie posłom i urzędnikom !!
I temu mają służyć projektowane przepisy.
Uważam, że poruszone powyżej kwestie nie powinny być pominięte w
obecnie trwającej debacie nad medyczną marihuaną. Stawką jest przede
wszystkim zdrowie ludzkie, a nawet życie. Nie ulega wątpliwości że
kannabinoidy i inne substancje zawarte w konopiach (jak terpenoidy)
mogą znacznie zmniejszać niektóre objawy chorób, a także poprawić
jakość życia cierpiących pacjentów. Jednak kwestie stosowania
medycznej marihuany, co jeszcze raz należy podkreślić, muszą być
odpowiednio uregulowane prawnie, aby zakończyć dotychczasową
działalność „podziemia”, i zapewnić bezpieczne leczenie dla
potrzebujących pacjentów.
Przepraszam w takim razie za nieco może zbyt nonszalancki ton moich odpowiedzi... ale kwestie odpowiedniego uregulowania prawnego nie można rozstrzygnąć z pominięciem zdania pacjentów, ich organizacji, aktywistów działających w ich imieniu, lekarzy - rzecz jasna, ale też... Kochani - ludzi oskarżanych o poważne naruszenia prawa (uprawy, przemyt), którzy wiedzą aż za dobrze ile głupie prawo może wyrządzić krzywdy.
Powinniśmy bazować jednak na doświadczeniach
i błędach innych krajów, które mają już wypracowane rozwiązania w tych
kwestiach.
Proszę przeczytać załącznik do uzasadnienia w formacie OSR i nie wypisywać mi takich truizmów, jako swoistego "komentarza mędrców" do naszej ustawy, bo akurat te kwestie są
1) przemyślane
2) uzasadnione
!!
Ustawa o marihuanie medycznej nie może stanowić przykrywki
dla prywatnych działań, które mają na celu wzbogacenie się
pojedynczych jednostek na ludzkim nieszczęściu. Widzimy jednak
konieczność jej wprowadzenia, gdyż tylko tak można zmienić obecną
sytuację w Polsce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
